PRACA. SCENA. STUDIO.
Niedawno moja mama powiedziała mi taką rzecz – „jak się robi to co się kocha to nie trzeba pracować…” W sumie prawda, ale i nieprawda. Tworzenie i uprawianie muzyki jest wielką przyjemnością ale wymaga wielu poświęceń i wysiłku. Ja o sobie mogę powiedzieć, że cały czas jestem w pracy. Wciąż myślę o muzyce lub jej słucham. Niektórzy sobie myślą, że jak się nie chodzi 5 dni w tygodniu do biura na 8 godzin dziennie – to się nie pracuje. Ja mam biuro w domu i jestem w nim 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Raz się ma lepszy dzień, raz gorszy, więc nie zawsze wykona się założony plan. Często prace postępują bardzo powolnym tempem i wykonane działania nie przekładają się równomiernie na zarobki. Raz wyjdzie wszystko od pierwszego podejścia, raz siedzi się nad czymś tydzień. I bardzo trudno zrobić sobie urlop. W sumie zakrawa to o pracoholizm. Ostatnio wspominałam sobie jak wyglądały moje pierwsze kroki w pracy studyjnej… Się działo… ;-)
W tym roku mija 8 lat od momentu kiedy po raz pierwszy weszłam do studia zarejestrować swój wokal. Było to jeszcze w Domu Kultury w Skierniewicach. Przez ten czas różnie kształtowały się moje przyzwyczajenia i podejście do pracy.
Na początku niewinnie – nie wchodziłam do studia bez 2 litrów wody. W konsekwencji co chwile musiałam biegać do toalety. Później odkryłam tran. Idealnie nawilżał struny głosowe i nie chciało mi się po nim zbyt często siku. No ale – oddech. Cały czas jechało ode mnie rybą. Później przerzuciłam się na tabletki do ssania. Wypróbowałam chyba wszystkie możliwe. Ale jak się ssie 6 tabletek na godzinę i to różnych gatunków – to rozstrój żołądka gwarantowany. Szukałam dalej. Oświecił mnie cud dnia codziennego – herbata z cytryną i miodem !!! Cieplutka, słodka, idealna. Kiedyś ktoś zakroplił mi do herbaty specyfik zwany „Amol”. Pyszny i skuteczny – ale drogi. Więc droga dedukcji z leczniczego wyciągu spirytusowego przerzuciłam się na nisko procentowe „soki chmielowe”. Nadużywanie rzutuje na dykcję… ;-) Więc piwa poszły w kąt. Nie uwierzycie co było następne. Gdzieś tam usłyszałam, że szanujący się wokalista nawilża sobie gardło pijąc surowe jajko ze szczyptą soli. Więc piłam. Wykręcało mnie na wszystkie strony, żołądek podchodził mi do gardła ale byłam nieugięta. Aż do czasu jak kiedyś mocno zamyślona dosypałam sobie do jajka całą łyżeczkę soli i wypiłam na raz. Nie musze chyba opowiadać co się wtedy działo… ;-)
Dziś jestem o te doświadczenia bogatsza. Wiem że najważniejsze są regularne ćwiczenia i trzymanie formy. Do studia wnoszę termos z ciepłą i bardzo słodką herbatą oraz tabletki do ssania – miodowe, tymiankowe, cytrynowe – góra 2 sztuki, które konsumuję w przerwach. Zawsze przed pracą staram się zjeść ciepłą zupę, najlepiej rosół. Żeby brzuszek był pełen, organizm rozgrzany a struny delikatnie natłuszczone. A piwko – chętnie – ale po wykonanej pracy… ;-)
Moje patenty na prace w studiu nie ograniczały się tylko do eksperymentów z nawilżaniem gardła. Szukałam sposobu na odpowiednią koncentrację. Był czas, gdy śpiewałam na ugiętych nogach. Wtedy było to dla mnie czymś odkrywczym. Dziś kompletnie nie dostrzegam w tym sensu. ;-) Później śpiewałam na siedząco. Tłumacząc sobie, że jeśli mój mózg nie skupia się na utrzymywaniu mojego ciała w pionie, to większe jego obszary skoncentrują się na poprawnej intonacji. Do dziś umiem doprawiać do różnych spraw swoje ideologie – ale ta była chyba szczytem absurdu. ;-) W dalszej kolejności było śpiewanie na boso. Żeby czuć się bardziej wyzwolonym. Na końcu śpiewanie w kompletnych ciemnościach – z tego korzystam do dziś. Wiem, że mnie nikt nie widzi. Mogę robić dziwne miny, dziwne ruchy. A co najważniejsze nic mnie nie rozprasza pod względem wizualnym. Mogę skupić się na wizji która towarzyszy danej kompozycji.
Na przestrzeni tych lat zmieniało się również moje podejście do samej pracy. Początki były straszne. Scena to ruch, ekspresja, emocje, improwizacja – żywioł. Ale przyszedł czas, że trzeba było zarejestrować wokal w studio. Śpiewam całym ciałem. Zginam się, skaczę, rzucam włosami. A tu nagle zamknęli mnie w pomieszczeniu, uwiązali słuchawkami których kabel miał 2m długości, kazali grzecznie stać przy mikrofonie i po kilka razy powtarzać te same frazy. To był koszmar. A jeszcze gorsze było to, kiedy po raz pierwszy usłyszałam swój głos z nagrania… Mam jeszcze na komputerze pierwsze piosenki, które zarejestrowałam. Nieczęsto do nich wracam bo się włos jeży na plecach… ;-)
Ale… Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Kiedyś scena była dla mnie najwspanialszym miejscem – jeśli chodzi o wykonywanie muzyki i eksploatacje energii – a studio więzieniem, gdzie trzeba swoje odsiedzieć. Dziś doceniam pracę w studio i czuję się w nim równie dobrze jak na scenie. Potrafię zamknąć się w nim na kilka godzin. Wychodzę zmęczona ale i szczęśliwa. I tego Wam Wszystkim na koniec życzę !!! SZCZĘŚCIA !!! =)
Pozdrawiam Jazzta !!! =)